Od ostatniego niedzielnego kierowcy wydarzyło się tak dużo, że trudno byłoby to upchnąć w czterech kolejnych częściach. Odwiedziłem Paris Motor Show, a po powrocie i jednej przespanej nocy w domu poleciałem do Stuttgartu, gdzie przyglądałem się technologiom przyszłości opracowywanym przez Mercedesa. O tym na razie muszę milczeć, ale mówić głośno mogę o sukcesie Mercedesa-AMG w Formule 1 i o nowym Mistrzu – Kimim Antonellim. Z tego też powodu newsletter trafia do Was dzisiaj – GR Meksyku zakończyło się w niedzielę przed północą czasu polskiego.
Mondial de l’Automobile 2026
Początki salonu samochodowego w Paryżu sięgają 1898 roku. Do dzisiaj trwa spór, która impreza – ta, czy IAA w Berlinie – była pierwszą tego typu wystawą. To, co w pierwszych latach wyróżniało podejście Francuzów, to warunek przejścia testu technicznego i przejechania trasy w obie strony między Paryżem i Wersalem.
Impreza organizowana w dwuletnim cyklu miała dwie dłuższe przerwy spowodowane wojnami i jeden epizod pandemiczny – edycja A.D. 2020 została całkowicie odwołana. Ten dziwny czas generalnie mocno namieszał w sposobach prezentacji nowych aut – skondensowane w halach targowych salony ustąpiły miejsca festiwalom i konkursom elegancji. Jedną z najciekawszych imprez, podczas których można obejrzeć ekscytujące premiery jest Goodwood Festival od Speed. Co ciekawe, forma trochę przypomina pierwsze edycje organizowane w Paryżu – auta można obejrzeć również w ruchu na trasie słynnego Hill Climbu.
Poleciałem do Francji na zaproszenie Omody & Jaecoo i brałem udział w europejskiej premierze Omody 4, o której napisałem tu. Zrobiłem też listę dziesięciu retrofuturystycznych premier, które w tym roku zdominowały imprezę. Prototypy zaprezentowane przez Stellantisa i Renault zapierały dech w piersiach i gromadziły tłumy na stoiskach Citroëna, Alfy Romeo i Renault.
Bardzo ciekawe było stoisko Forda, skupione wokół motorsportu. Można było na nim zobaczyć rajdowe legendy – Forda Escorta, RS200 i Focusa. Był też tegoroczny bolid Red Bull Racing, w którym macza palce amerykański producent.
Ważny model zaprezentował Volkswagen – ID.Tiguan to nadzieja na to, że Niemcy przestaną się miotać z wizjami rozwoju gamy modelowej, nazewnictwem i przekonywaniem klientów to kiepskiej ergonomii kabiny. Nie mogę się doczekać testu.
Na salonie zabrakło dużych graczy – liczyłem na obecność m.in. JLR i możliwość zobaczenia na żywo nowego Jaguara Type 01, którego jeszcze zamaskowany, ale już jeżdżący prototyp można było zobaczyć na wspomnianym FOS w Goodwood. Szkoda.
W kolejnych dniach tego samego tygodnia miały miejsce dwie premery. Jedną z nich była ekscytująca premiera nowego halo-cara Porsche, drugim autem była:
Tesla Roadster – kolejna bajka Elona Muska
Po dziewięciu latach od zaprezentowania całkiem zgrabnego prototypu Tesli Roadster Elon Musk zaprezentował zupełnie inny prototyp Tesli Roadster. Tamta wersja albo go znudziła, albo wygenerowała za małe wzrosty marki na giełdzie. To, co zostało pokazane teraz, jest… No cóż – na miarę ego założyciela i na miarę naiwności jego odbiorców. Wystarczy spojrzeć na umieszczony w umowie rezerwacyjnej zapis, który mówi, że auto w wersjach z silnikami odrzutowymi „może nigdy nie zostać dostarczone”. Auto w topowej wersji ma być oferowane tylko zaufanym klientom i tylko na zaproszenie. Prototyp na pokładzie ma nawet sześć silników odrzutowych (zimne dysze gazowe) napędzanych azotem. Zaprojektowany przez twórców Minecrafta samochód ma fikać koziołki, robić kickflipy i rozpędzać się do setki w mniej niż 1 sekundę. Ściąganie kasy od klientów trwa, cashflow rośnie, a Elon pompuje bańkę swojego bogactwa.
Fajnie.
Przejdźmy do prawdziwej motoryzacji – tego samego dnia w Nowym Jorku Porsche zaprezentowało:
Mission S
Co prawda w kategoriach czasu antenowego premiera Porsche była sromotną klęską, ale przynajmniej to, co zostało zaprezentowane, jest absolutnie spektakularne.
Zacznijmy od scenerii – w tym samym miejscu i na tym samym tle (ówczesnego Manhattanu), w 1953 roku sfotografowano po raz pierwszy legendarne Porsche 550 Spyder. To nie przypadek, bo Mission S czerpie z różnych rozdziałów historii marki, między innymi z lokalizacji premiery, garściami.
Wyglądem auto przypomina Porsche 911 GT1 Strassenversion pierwszej generacji (opartej na komponentach nadwozia generacji 993). Podobnie wygląda prostokątny wlot w przednim zderzaku i wlot powietrza nad przednią szybą. Lusterka boczne są żywcem wyjęte z Carrery GT, tył przypomina miks GT1 i 959, a ulokowany w pokrywie silnika złoty wentylator wykonany z metalu, nawiązuje do tego z wyścigowego 917 – jest w podobnym miejscu i kolorze, z tym że wykonany z plastiku. Wzór felg znany jest miłośnikom marki z modelu 928, które podobnie jak dzisiaj Mission S, miało niegdyś być modelem pozycjonowanym powyżej 911-tki.
Wnętrze jest spełnieniem marzeń purystów motoryzacyjnych – nie ma w nim żadnego centralnego ekranu, a te wbudowane w zegary wyświetlają niezbędne minimum informacji. Jest za to uchwyt MagSafe i dedykowana aplikacja, która może ewentualnie zastąpić infotainment lub wyświetlić więcej danych z telemetrii. W minimalistycznej czarno-białej kabinie panuje porządek i elegancja. Ster – wzorzec metra wśród kierownic – ma czerwony przycisk z napisem „On Your Own”, za pomocą którego wyłącza się wszystkie elektroniczne cugle.
Na razie nie wiadomo co ma znaleźć się pod pokrywą silnika Mission S, ale wiadomo, że jednostka napędowa znajdzie się za plecami kierowcy i przed tylną osią. Plotki na temat ilości cylindrów i ich układu rozgrzewają wyobraźnię petrolheadów, w tym moją. Jak relacjonował Jerry Seinfeld, znany komik i kolekcjoner Porsche, marketingowcy z Zuffenhausen wydzwaniają po najlepszych klientach i dopytują, jakie jednostki byłyby przez nich najbardziej pożądane. Najczęściej spekuluje się o 8-cylindrowym bokserze, czyli takim, jaki ostatnio trafił do RUF’a B8.
Biorąc pod uwagę, że dwa poprzednie topowe porszaki z centralnie umieszczonym silnikiem – Carrera GT i 918 Spyder – miały co najmniej osiem cylindrów, mało prawdopodobne wydaje się użycie 6-cylindrowego boksera, no, chyba że w bazowych wersjach. Taka jednostka, jakkolwiek wspaniała by nie była (a jest), nie pasuje ideologicznie do nowego halo-car’a ze Stuttgartu.
Nowy rozdział w historii mistrzostw w Formule 1
Andrea Kimi Antonelli został wczoraj najmłodszym mistrzem w historii Formuły 1. W dniu triumfu miał dokładnie 20 lat, 2 miesiące i 7 dni. Poprzedni rekordzista – Sebastian Vettel – miał 23 lata, 4 miesiące i 11 dni, czyli ponad trzy lata więcej. Mimo że w tym sezonie trzymałem kciuki za innego kierowcę, to bardzo się cieszę, że byłem tego świadkiem. Podejrzewam, że w tej kategorii najmłodszych mistrzów nowy rekord nie padnie przez dekady.
Kimi jest synem Marca Antonelliego – byłego kierowcy wyścigowego i właściciela zespołu Antonelli Motorsport. To właśnie w gokartach tego teamu debiutował Kimi. Pierwszy tytuł przyszedł w 2015 roku w serii EasyKart 60, a cztery lata później pod skrzydła programu juniorskiego wziął go Toto Wolf. Złota passa trwała w najlepsze – tytuły WSK Euro Series, WSK Super Master Series, mistrzostw Europy w kartingu i Formułach 4 (włoskiej i niemieckiej). Trampolina w seriach FRECA pozwoliła mu przeskoczyć etap Formuły 3, odbić się od jednego sezonu w Formule 2 i miękko wylądować w Formule 1.
Antonelli startuje w barwach Mercedes-AMG Petronas Formula 1 Team od 2025 roku. Zeszły sezon – ostatni oparty na poprzednich regulacjach technicznych – nie był dla młodego Włocha specjalnie udany – po najeżonym błędami roku Antonelli zakończył zmagania na 7 pozycji. Nowa Formuła i dominująca techniczna pozycja Mercedesa tchnęły Kimiemu wiatr w żagle i mimo wielu błędów dopiął swego (i swego Toto Wolfa) – został Mistrzem. Ten chłopak ma mentalność mistrza, z wyścigu na wyścig coraz lepsze kompetencje i jednocześnie młodzieńczy urok, naiwność i zawziętość. Dobrze się go ogląda i dobrze się go słucha. Rośnie bohater godny walki z Maxem Verstappenem.
Celebracja mistrzowska trochę przyćmiła rezultat samego GP Meksyku, w którym triumfował coraz szybszy Max Verstappen. Na drugim miejscu uplasował się Lewis Hamilton, trzeci był Antonelli. Świętowało trzech kierowców z trzech pokoleń Formuły 1, trzech Mistrzów dzielących między sobą łącznie trzynaście tytułów – piękny obrazek.
Mam nadzieję, że końcówka sezonu tej fatalnej Formuły da nam jeszcze trochę emocji. Kolejny wyścig już za tydzień w Brazylii. Tej samej, która w poprzednich latach trzymała w napięciu do ostatniego okrążenia.
Do następnego!













